środa, 26 października 2016

INFORMACJA

Cześć wszystkim! 
Mam zaszczyt zaprosić wszystkich czytelników bigxliar na kolejną część przygód Ali i Martina! W końcu pojawił się nowy rozdział!
Pod rozdziałem jest krótkie wyjaśnienie mojego braku aktywności na waszych blogach. Ale tutaj także chciałabym się usprawiedliwić. Jestem zawalona zajęciami. Dziś mam pierwszy wolny dzień od miesiąca. Nawet jeśli coś przeczytam to często bywa tak, że nie mam siły ani weny, aby to skomentować. Ale postaram się to wszystko nadrobić! ;) 
Pozdrawiam serdecznie ! <3 

http://sluchaj-glosu-sercax.blogspot.com/

niedziela, 25 września 2016

Epilog

                Minęło wiele czasu, podczas którego Alison dochodziła do siebie. Po całym wydarzeniu mówiło się jedynie, że miała wiele szczęścia. Rana postrzałowa co prawda była groźna, ale szybka interwencja uratowała jej życie. Leczenie takich ran trwa jakiś czas, potrzeba wiele cierpliwości, jednak blizny i tak pozostaną z nią do końca życia i będą przypominać o koszmarze jaki przeżyła. O wiele łatwiej byłoby jej wykasować z pamięci to całe wydarzenie, ale to właśnie ją czyni tym kim jest teraz.
                Wracała z pogrzebu. U jej boku szedł milczący Martin. Od tamtego czasu nie odstępował jej ani na krok. Westchnęła głęboko, po czym zajęła miejsce na ławce. Chłopak spojrzał się na nią zaskoczony, ale bez żadnego słowa usiadł obok.
                — Od jutra wszystko ma wrócić do normalności, a ja nie wiem czy sobie z tym poradzę — powiedziała cicho próbując powstrzymać płacz. Choć jej matka już ją umówiła do psychologa to nie chciała z nikim rozmawiać na ten temat, jedynie z Martinem. Niektóre rzeczy pozostaną tajemnicą już do końca ich życia.
                — Tęsknisz za nią? — spytał i objął ją delikatnie. Za każdym razem, gdy ją dotykał czuła dreszcze przechodzące przez jej ciało.
                — Niny w moim życiu nie ma już od dłuższego czasu. Ale tak, tęsknie za nią. I będę tęsknić — w dalszym ciągu nie mogła uwierzyć, że jej przyjaciółka nie żyje. Od czasu akcji z Jamesem nie miała z nią żadnego kontaktu, Nina ani razu jej nie odwiedziła, a Alison nie miała za bardzo możliwości, aby się do niej odezwać. Może gdyby doszło do spotkania to teraz byłaby w trakcie odnowy kontaktu z Niną. Ale jej przyjaciółka wybrała inną drogę. Jej zabawy z używkami podniosły się do takiego stopnia, że kilka dni temu zostało znalezione jej ciało pod jednym z klubów. Na początku Ali się obawiała, że wszystko zaczyna się od nowa, aż w końcu dotarła do niej wieść, że Nina przedawkowała.

                — Będę przy tobie. Pamiętaj, że możesz na mnie liczyć — Alison kiwnęła głową. Tak trudno było żyć po czymś takim. Może lepiej by było, gdyby tamtego wieczora nikt jej nie uratował.







Podejrzewam, że to co tutaj napiszę będzie dłuższe niż cały ten epilog. Ale w ramach wytłumaczenia parę słów ode mnie. 
Sama nie wiem od czego zacząć. Może wam powiem, że to nie tak miało być? Opowiadanie miało być dłuższe, bardziej rozwinięte i w ogóle wszystko miało być inne. Wyjazd nad morze trochę mi te plany zepsuł. Nie pisałam miesiąc i trochę straciłam wątek i trudno było mi się znów wczuć. A jak już mi się udało to miałam już inną wizję tego wszystkiego. Nie chciałam po raz kolejny zaczynać od nowa. Mimo wszystko czuję pewną satysfakcję, że dotrwałam tutaj do końca. 
Inspiracją dla tego opowiadania były moje przeżycia. Troszkę je zmieniłam, bo w rzeczywistości mojego Liama udało się uratować i wezwaliśmy pogotowie. Przez długi okres ja z moimi znajomymi byliśmy szantażowani przez takiego Jamesa, chciał nas zmusić do fałszywych zeznań. U mnie wszystko skończyło się dobrze, ale nie każdy może mieć tyle szczęścia. Fakt jest taki, że trzeba od razu działać, a nie starać się kryć innych. Jeżeli ktoś robi coś głupiego to prędzej czy później poniesie za to konsekwencje.
Postać Niny inspirowana moim kolegą, który także zaczął uciekać do narkotyków. To wpędziło go w stan depresyjny, aż w końcu bez słowa pożegnania skoczył z siódmego piętra. W planach miałam bardziej rozwinąć jej wątek, bo chodzi mi tutaj o przesłanie. Po pierwsze, używki to najgorsze co może być, nie są ucieczką od problemów, one zawsze będą. A po drugie takim osobom trzeba pomagać. Choć mogą mówić, że nie potrzebują pomocy, to tak naprawdę o tą pomoc wołają. To trzeba dostrzec, bo potem może być za późno. Wiem już to po swoich osobistych doświadczeniach. 
To teraz coś milszego. Postanowiłam kontynuować opowieść. Będzie to nieco lżejsze opowiadanie dot. Ali i Martina. Tak jak pisałam trudno żyć po czymś takim i skupię się na ich powrocie do normalnego życia, o ile to w ogóle możliwe. :D Muszę wam się przyznać, że chciałam zabić Alison. Ale z racji tej, że i tak chciałam założyć bloga z czymś lżejszym stwierdziłam czemu by nie napisać drugiej części? :) 
http://sluchaj-glosu-sercax.blogspot.com/ 
Wszystko już jest praawie przygotowane, jestem w trakcie pisania rozdziału II, ale chcę być parę do przodu, bo zacznę studia i nie wiem jak będzie z czasem. Tym bardziej, że co weekend jestem zajęta i wtedy nawet nie będę mieć czasu, aby wejść na blogspota :c Postaram się tam rozwinąć parę wątków, których nie udało mi się tutaj np. na pewno poruszę temat śmierci Niny, postać Chucka i Katherine, ponieważ miałam pomysł na ich historię, ale zrezygnowałam z rozwinięcia tego tutaj. Zastanawiałam się czemu by nie pisac tego tutaj, ale stwierdziłam, że to będzie nieco inna historia i potrzebuję czegoś innego :) 

Teraz kolejna kwestia.  To osoby, które dotrwały do tego momentu.<3
Jestem w tym kiepska, ale spróbuję :D
Wiem, że nie piszę idealnie. Często odnoszę wrażenie, że niektóre rzeczy są kompletnie nielogiczne. Pisząc tutaj trenuje pisanie. Dodatkową motywacją dla mnie są komentarze, które pojawiają się pod każdym rozdziałem. Nawet nie wiecie jaką radość u mnie wywołują <3 
Newtie jesteś tutaj od samego początku i cały czas starasz się być na bieżąco, nawet nie wiesz jak bardzo mnie to cieszy! Bardzo Ci dziękuję, że zajrzałaś tutaj i przeczytałaś ten marny początek, a mimo wszystko Ci się spodobało! <3 <3
Elliaze ty także jesteś praktycznie od samego początku. Trafiłaś tutaj przypadkiem, ale dziękuję Ci, że wytrwałaś do samego końca. Uwielbiam czytać komentarze od Ciebie i jak to wszystko przeżywasz! Dziękuję! <3 <3
Frucia Muuucia często po rozdziałach pojawiały się komentarze od Ciebie, że czułaś się jakbyś była obok bohaterów. Nawet nie wiesz jak kocham Twoje komentarze. Co prawda od jakiegoś czasu przestałaś być aktywna na blogspocie, ale mam nadzieję, że wrócisz i dotrwasz do tego momentu. Wiedz, że bardzo Ci dziękuję! <3 <3
Kot Książkowy pojawiłaś się w trakcie mojej przerwy, ale zaczęłaś komentować od samego początku. Komentarze od Ciebie wywołują uśmiech na mojej twarzy. Dziękuję, że się tutaj pojawiłaś i wytrwałaś do samego końca! <3 <3
Eunice Farro Tobie również dziękuję za wszystkie pozytywne komentarze! W miarę możliwości zawsze starasz się być na bieżąco. Dziękuję, dziękuję, dziękuję <3 <3
Wiśnia. choć jesteś tutaj od niedawna Tobie również chciałabym podziękować. Cieszę się bardzo, że moje opowiadanie Ci się spodobało i za wszystkie pozytywne komentarze dziękuję! <3 <3
Dziękuję także wszystkim, którzy pojawili się na chwilę i zostawili komentarz pod którymś z rozdziałów. Dziękuję tym, którzy czytają, ale nie komentują. Jesteście wielcy! <3 <3

Myślę, że to tyle ode mnie. W miarę możliwości zacznę poprawiać błędy z poprzednich rozdziałów, które rażą w oczy. Nie spełniło to moich oczekiwań, ale mimo wszystko jestem zadowolona.
Zachęcam do wyrażania opinii po raz ostatni tutaj.
Teraz znajdziecie mnie na :
http://magic-world-lilyevans.blogspot.com/
A za jakiś czas widzimy się na drugiej części!
Trzymajcie się wszyscy! Pozdrawiam !! <3 <3 <3 

poniedziałek, 19 września 2016

T E N

                Alison zbliżała się do kościoła coraz bardziej. Odczuwała coraz większy strach. Atmosfera jaka panowała nie dodawała jej odwagi. Robiło się ciemno, wiał wiatr, przez który liście fruwały dookoła Alison. Myśl, że w końcu rozwiąże całą sprawę zdecydowanie podnosiła jej adrenalinę. Całkiem śmiałym krokiem przekroczyła próg kościoła, w którym panowała cisza. Wcześniej nawet nie wiedziała, że będzie on otwarty. Co za psychopata chciałby zabić swoją ofiarę w kościele? Właściwie ona była pewna, że tym psychopatą okaże się James. Panowała martwa cisza. W jej głowie pojawiły się myśli, że może to zasadzka? A co jeśli nawet nie będzie miała szansy, aby cokolwiek wyjaśnić? Weszła na górę po skrzypiących schodach. Chórek kościelny był miejscem, w którym często przebywała, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Nic tu się nie zmieniło od tylu lat. Spojrzała się na szafę, która wciąż tutaj stała. Kiedyś zawsze się jej bała. Krążyły plotki, że pewien mężczyzna się w niej powiesił. Ile w tym prawdy, tego nie wie. W końcu była tylko małym dzieckiem. Ale nawet teraz, gdy tak stała widok tej starej szafy przyprawiał ją o dreszcze. Aż nagle zauważyła cień za nią. Serce Alison stanęło w miejscu.
                — To nie będzie bolało — rozległ się męski głos. Właściwie to chyba nigdy go nie słyszała, ale doskonale wiedziała do kogo on należy. Strach przeszedł szybko. Co będzie to będzie. Stanęła naprzeciwko Jamesa. Zacisnęła mocno zęby. Była gotowa do ataku. Ale wtedy zrobił coś czego nie spodziewała się w żadnym swoim planie. Wyciągnął najprawdziwszy pistolet.
                — Dlaczego nam to robisz?! — krzyknęła zrozpaczona. Chciała uciekać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Powoli w nią wymierzył, a ona zamknęła oczy. To już jest koniec. Pomyślała o Martinie. Czy sobie poradzi bez niej? A może pogrąży się w rozpaczy? A jej mama? Przecież jest jej najukochańszą córeczką! Minęła krótka chwila, a może nawet i długa. Alison sama już nie wiedziała ile czasu minęło, ale nic słyszała żadnego huku, nie czuła bólu. Powoli otworzyła oczy. James stał i się śmiał.
                — Jesteście śmieszni. Chuck przestraszył się mnie tak bardzo, że aż wskoczył do wody — powiedział i ponownie zaczął rechotać. Ten śmiech był przerażający. Ciekawe czy tak zawsze się śmiał. Ale czy to ważne w tym momencie? Ali pomimo całej sytuacji poczuła satysfakcję. James nawet nie wiedział, ale właśnie się wkopał. Przyznał się, że groził Chuckowi. A wszystko nagrywa się na telefonie Niny. Więc nawet jeżeli Alison zginie, to policja odnajdzie przy niej telefon. Musi teraz grać na czas.
                — Domyślam się, że wypadek Katherine też jest twoją sprawką — głos jej strasznie drżał, ale starała się zabrzmieć groźnie. Zareagował nieopanowanym chichotem. Co z nim jest nie tak?
                — Nawet nie wiesz jak łatwo mi było ukraść auto jej ojcu. Zaczęła coś podejrzewać. Nie mogłam dopuścić do tego, aby ci się wygadała, a wiem że tamtego wieczoru chciała ci powiedzieć o wszystkich swoich podejrzeniach. Nie należysz do głupich osób. Zaraz coś byś wymyśliła i poszła na policję donieść na mnie.                
                — A Nina? Zrobiłeś jej krzywdę? Dlaczego jest taka uległa?! — Ali po raz pierwszy w życiu miała ochotę kogoś zamordować. James zasługiwał na wszystko co najgorsze. Prędzej czy później zapłaci za to co zrobił.
                — Nina? — powtórzył głucho jej imię. Przez krótką chwilę milczał, ale ani na sekundę nie przestał mierzyć w Alison pistoletem. Dziewczyna bała się ruszyć. Każdy ruch mógłby uznać za próbę ucieczki, a to mogłoby się skończyć źle. Musi usłyszeć jak najwięcej informacji — Ja kocham Ninę. Zabiję każdego kto stanie na naszej drodze do szczęścia. Musisz przyznać, że Liama nieźle załatwiłem. Wystarczyło odwrócić uwagę Martina, który strasznie się wściekł, gdy zobaczył, że młody zabrał bransoletkę, która należała do ciebie. Swoją drogą, już wtedy kręciliście? Bo Martin może zgrywać twardziela bez uczuć, ale… żeby tak uderzyć Liama? Co z nim nie tak? — po pustym kościele rozniosło się echo jego śmiechu.
                — Coś ty zrobił? — zapytała tonem przepełnionym nienawiścią. Już nie liczył się fakt, że w porównaniu do niego jest tylko słabą kobiet, że on trzyma wymierzony w nią pistolet. Jest na granicy wytrzymałości. Jeżeli się na niego nie rzuci z gołymi rękoma to będzie cud!
                — Ja? Przecież wiesz — wyszczerzył zęby. On go uderzył. On go dobił. On go potem zakopał. On jest temu wszystkiemu winien.
                — Nienawidzę cię! Jak ty możesz na siebie patrzeć i nie czuć żadnych wyrzutów sumienia?!
                — Przecież osoba odpowiedzialna za śmierć Walkera znajduje się w zakładzie karnym, więc czym ja mam się przejmować?
                — Jesteś psychopatą! Dlaczego mu to zrobiłeś? – gdy Alison była wściekła nigdy nie zastanawiała się nad tym co mówi, ale to pytanie zirytowało bardzo Jamesa. Na tyle go zdenerwowała, że podszedł do niej i przystawił jej broń do skroni. Ze strachu kolana się pod nią ugięły. Ale myślała tylko o tym, że odpowiednie dowody już się znajdują. Wszystko działo się szybko. James popchnął ją z taką siłą, że upadła na ziemię. Telefon Niny wypadł jej z kieszeni i wylądował pod ścianą. Pod wpływem furii kopnął go jeszcze dalej. Alison zaczęła się modlić, aby był cały. Aby policja mogła pobrać nagranie, które zostało nagrane. To jak ginie… może to i lepiej, że nie zostanie nagrane? Martinowi serce pękłoby na pół, gdyby to usłyszał.
                — Liam ciągle latał za Niną jak jakaś przylepa, która nie chce się odczepić. Sam się o to prosił. Jeszcze przylazł za nią tamtej nocy. Może i była naćpana i gadała głupoty, ale gdy powiedziała, że marzy o tym, żeby on w końcu zniknął to mówiła na poważnie — żaden ból fizyczny nie równa się z tym bólem, gdy ktoś bliski cię zawiedzie. Alison nie wiedziała co teraz ma powiedzieć. Rozwiązanie całej sprawy jest łatwiejsze niż jej się wydawało. Po prostu nie potrafiła uznać tej opcji, w której jej przyjaciółka wychodzi na tę złą. Dlaczego to wszystko potoczyło się w taki a nie inny sposób? Może gdyby bardziej się zainteresowała problemami Niny to dziś ta sytuacja nie miałaby miejsca? Ale James wciąż by stąpał po ziemi. A on to zrobił z miłości do Niny. O ile to w ogóle można nazwać miłością. Bo właściwie czym jest miłość? Czy to uczucie w ogóle da się opisać? Gdy ona o tym myśli, to aż ją skręca w środku. Ale jest to miłe. Jest w stanie zrobić dla niego wszystko, choć nienawidzi się przyznawać do błędów to dla niego to zrobi. Pragnie tylko jego szczęścia, nawet jeżeli nie będzie mogła go dzielić z nim, bo jego szczęście jest dla niej ważniejsze niż jej własne. Przy nim cały świat nabiera kolorów, a liczy się tylko on i nic po za tym. Marzy o tym, aby tak zostało już na zawsze. On i ona. Martin i Alison. Dlaczego mu nie powiedziała tego na pożegnanie? Myśl, że ona go kocha dodałaby mu dodatkowej siły. Niestety, Alison ma to do siebie, że niektóre rzeczy uświadamia sobie zdecydowanie za późno. Dlaczego próbowała się przed tym uczuciem bronić? Ale nawet podświadomie sumienia nie oszuka. A teraz Martin może się już nigdy nie dowiedzieć o tym co ona do niego czuje. To nie tak wszystko miało wyglądać. Musi walczyć. To co ona czuje do Martina, tak to jest miłość. Ale między Jamesem a Niną tego nie ma.
                — Odpowiesz za to co zrobiłeś! — wykrzyknęła wściekła w jego kierunku. Podniosła się z podłogi. Próbowała na szybko obmyślić plan jak zabrać broń, ale to jest pomysł dla samobójcy. Gdyby się nagle rzuciła na Jamesa to czy upuściłby pistolet chcąc się obronić przed rozjuszoną dziewczyną? A może po prostu dostanie kulkę prosto w serce?
                — Nie wygłupiaj się. Hm. Oficjalnie ustalmy tak, że byłaś wściekła z powodu Martina, którego kochasz bezgranicznie. Groziłaś mi bronią. Nie możesz się pogodzić z faktem, że wszystko wyszło na jaw. Uderzyłaś Ninę, która straciła aż przytomność — przez Alison przepłynęła kolejna fala wściekłości. Nie wiedziała jak ma odbierać to co mówi ten chłopak. Ale zanim tutaj przyszła minęło raptem piętnaście minut, nie byłby w stanie zdążyć zrobić jej jakąkolwiek krzywdę! Bo pomimo wszystko Nina nie zasługuje na wszystko co najgorsze.
                — Jeżeli zrobiłeś jej jakąś krzywdę to przysięgam, że…
                — Alison, co ty mi możesz zrobić? Ty, Martin, Chuck, Katherine a nawet Nina, nic mi nie możecie zrobić. Mogę się wami bawić, zrobicie wszystko co wam powiem. Ninie jeszcze nic nie zrobiłem, ale musi dostać nauczkę. Choć przyznam, że po bójce z Martinem myślałem już, że mnie wyda. Ale doskonale wie, że gdyby powiedziała cokolwiek na mój temat to policja zainteresowałaby się jej relacją z Liamem.
                — Do jasnej cholery, jaką relacją? Mówiłeś, że Liam latał za nią, ale to przecież o niczym nie świadczy — chłopak wybuchł rozhisteryzowanym śmiechem, a po ciele Alison przeszły dreszcze. Teraz miała szansę, ale pragnienie poznania prawdy przewyższyło wszystko.
                — Takie z was przyjaciółki, a nawet nie wiesz, że Nina się spotykała z Liamem?
                — Nie… — w to akurat było jej trudno uwierzyć. Ale czy to nie wyjaśniłoby tych wszystkich jej dziwnych zachowań? Ciągłe smsowanie, gdy spędzały razem czas podczas wakacji. Niemal natychmiast przypomniała się jej sytuacja w połowie sierpnia. Były razem na plaży i opalały się. Nie wiedziała, że Nina była tak naprawdę zajęta. Na początku plotkowały na temat tegorocznych ratowników, a potem przeszła banda młodych chłopaków. Wśród nich z pewnością był Liam. Nina od nich wzroku nie odrywała. Chłopcy osiedlili się niedaleko nich i Nina zaczęła się zachowywać w dziwny sposób. A po chwili pod pretekstem przebrania się gdzieś poszła, ale nie było jej dobre pół godziny. Alison da sobie rękę uciąć, że Liam wtedy też opuścił swoich kolegów.
                — Nie przyprawiajmy Ninie rogów. Każdy z nas popełnia błędy, prawda Ali? — nie była w stanie nic odpowiedzieć. Cała chęć do walki ulotniła się z niej. To prawda, że każdy popełnia błędy, ale gdzieś są granice! Ludzie nie są idealni. Nie ma za złe Ninie, że umawiała się z Liamem. Ale dlaczego to przed nią ukryła? Po co zrobiła z tego taką tajemnicę? Nikt by nie wytykał ich palcami. To że Liam był młodszy o dwa lata nie miałoby zbyt dużego znaczenia — Jakieś ostatnie słowa? — z przerażenia zadrżała. Miała szansę, ale jej nie wykorzystała! Co za bezmyślność z jej strony. Jak teraz powinna zająć chłopaka? A co jeżeli znów wzbudzi w niej ciekawość.
                — O jakich błędach mówisz? Czy ja coś zrobiłam nie tak? Próbowałam tylko rozwiązać całą sprawę! — nie mogła liczyć na więcej szczęścia, gdy chłopak po raz kolejny się roześmiał. Niespostrzeżenie przybliżyła się bardziej do niego.
                — I co ci ta zabawa w detektywa przyniosła? — zapytał łapiąc się prawą ręką za brzuch. I wtedy to zrobiła. Rzuciła się na niego całym swoim ciałem zwalając go z nóg. Upadła na ziemię razem z nim i od razu poczuła mocny ból w kolanach, ale chociaż pistolet posunął się po ziemi gdzieś dalej od nich. Przyniosło jej to tymczasową ulgę. Chcąc go powstrzymać od jakiegokolwiek ruchu usiadła na nim, a jego ręce złapała mocno w swoje dłonie. Na moment James przestał się szarpać, gdyby użył więcej z siły w ciągu kilku sekund uwolniłby się z jej uścisku — Zaczynam rozumieć Martina! Podoba mi się ta ostra Alison!
                — Palant! — powiedziała i wymierzyła mu szybki cios z pięści prosto w nos. Sama poczuła ból, ale James prawdopodobnie większy. Natychmiast złapał się za twarz. Wykorzystała to i szybko wstała  i pobiegła w kierunku drzwi, które prowadziły prosto do dzwona kościelnego. Jeszcze nigdy tutaj nie była, zawsze wszyscy mówili, że jest tutaj bardzo niebezpiecznie. I mieli rację. Drewniane schody, które wyglądały na bardzo stare i niezbyt pewne prowadziły na sam szczyt jeden z wieży kościelnej. Gdy spojrzała się w górę ujrzała ogromny dzwon. A dookoła niego wiele lin. Wiele ryzykowała, ale zaczęła się wspinać po schodach. Była już naprawdę blisko. I usłyszała trzask drzwi. On już tutaj był. Na półpiętrze znajdowała się kolejna szafa. Natychmiast się za nią ukryła. Podłoga strasznie skrzypiała. Nie było żadnych barierek ochronnych, gdyby stąd spadła mogła by się zaplątać w te liny…
                — Alison, słoneczko! Gdzie jesteś? — zawołał zdecydowanie zbyt przesłodzonym tonem. Niedobrze jej się robiło. Nie miała żadnego planu jak przeżyć. I nagle pojawiła się nowa nadzieja. Usłyszała głosy dochodzące z dołu kościoła. Nieznane głosy. Czy powinna krzyczeć? Wtedy on ją zlokalizuje. Może iść dalej. Wcale nie musi wchodzić po schodach.
                — ALISON! — usłyszała nieznajomy, ale niesamowicie donośny głos. Ktoś wie, że tutaj jest. Czyli Chuck musiał powiadomić o tym policję!
                — JESTEM TUTAJ NA SAMEJ GÓRZE! POMOCY! — krzyknęła jak najgłośniej potrafiła. James od razu zaczął wchodzić po schodach. Nie było sensu wchodzić jeszcze wyżej. Postrzeli ją. Słyszała skrzypiące schody. Był coraz bliżej. Serce zaraz jej wyskoczy z klatki piersiowej. Tak strasznie się bała. Był już tutaj. Słyszała jego głośny oddech. Nie wiedziała co robi. Wyskoczyła zza szafy na chłopaka i z całej siły popchnęła go, aby spadł. Sama zatrzymała się na krawędzi i ledwo co łapała równowagę. Udało jej się, ale co ją tak boli? Przecież nie poleciała za nim. Spoglądała z góry na chłopaka, dwie sznurowane linie zaplątały się wokół jego szyi. Dusił się na jej oczach. Z wielkim trudem odsunęła się krok w tył i niemal sekundę później upadła na kolana. Spojrzała na swoje ręce, były całe we krwi. 
                — Alison! — tym razem był to znajomy głos. Martin? Widziała to wszystko jak przez mgłę. Chciała wstać i wrócić do domu. Co się dzieje? Chłopak był już przy niej. Rozerwał swoją bluzkę z niesamowitą łatwością. Przewiązał wokół jej brzucha i mocno ścisnął. Wtedy zdała sobie sprawę co się stało. W momencie, gdy zepchnęła Jamesa on ją postrzelił. Ale czemu tego nie słyszała? Ból dawał się coraz bardziej w znaki. 
                —  Pogotowie już jest w drodze! Zaalarmowaliśmy ich zanim tutaj przyjechaliśmy! Walcz, Alison! Przeżyjesz to! — mówił do niej jakiś mężczyzna. Ale ona spoglądała tylko na Martina. Upadła na plecy. Nie chce już nigdy więcej wstawać. Marzyła, aby to cierpienie się zakończyło. Co Martin tutaj robił? Przecież ma jutro sprawę. Nic z tego nie rozumiała. Chciała coś powiedzieć, ale żadne słowa nie mogły przejść przez jej gardło. Wszyscy chodzili wokół niej, pochylali się nad nią. Czy ktoś zwrócił uwagę na Jamesa? Ktoś ryzykuje i próbuje go odplątać z tych lin?
                — Alison, proszę. Walcz. Nie poradzę sobie bez ciebie. Nie zostawiaj mnie — Martin był bliski płaczu. Chciała go przytulić, ale w tym momencie nie mogła nawet usiąść. Ile minęło od strzału? Pięć minut? Dlaczego to tak długo trwa. Na filmach ludzie zazwyczaj umierają po paru sekundach… Czy James też tak długo się męczy? Czy nadal walczy o ostatni oddech? Niech to się już skończy!
                — Kocham cię, Martin — powiedziała z trudem łapiąc powietrze. Ale udało się jej to. Chłopak nie wyglądał na szczęśliwego po tym wyznaniu. Zapewne trudno jest patrzeć jak ukochana osoba tak cierpi. Właściwie wolałaby, aby go tutaj nie było. Może wtedy łatwiej by jej było umrzeć. 
                — Nie mów tak tego, błagam cię! To nie jest koniec, rozumiesz? Słyszysz pogotowie? Bo ja tak. Zaraz cię zabiorą. Przeżyjesz! A my będziemy razem, już na zawsze, szczęśliwi! — mówił, a ona uśmiechnęła się ostatkami sił. Czy nie o tym marzyła jeszcze kilkanaście minut temu?




Hejka!
Nie mam czasu, więc po prostu wrzucam niesprawdzony rozdział. :< Przed nami jeszcze epilog i kilka słów ode mnie. Mam dla was dobrą wiadomość, ale to jeszcze w tym tygodniu ją usłyszycie. Nie ma co przeciągać z końcem, dlatego epilog dodam za parę dni.
Miłego czytania! <3 

niedziela, 11 września 2016

N I N E

                W sobotnie popołudnie Liam Walker samotnie przechadzał się po mieście. W ciągu kilku ostatnich dni bezustannie myślał o swoim życiu, o tym dokąd ono zmierza. Dopiero co zaczął liceum, a gdyby jego rodzice dowiedzieliby się co on wyprawia najprawdopodobniej wyrzuciliby go z domu. Ale co on na to poradzi? Gdzieś, w głębi duszy wiedział, że to ona jest przyczyną tego wszystkiego. Nie potrafił tego powiedzieć na głos. Za bardzo się bał co się stanie, gdy powie jej te słowa wprost. Gdyby nie ona to prawdopodobnie w życiu nie zapaliłby tego pierwszego blanta, nie połknąłby pierwszej bombki. Po co on to właściwie robił? I dlaczego rozmyślenia tego stopnia dotykały go dopiero wtedy, gdy palił skręta z kolegami?
                — Co robimy, ziom? — spytał jeden z jego kolegów, gdy skończyli palić. Każdy wzruszył ramionami. W jego głowie narodziła się szalona myśl. Ale co on miałby im powiedzieć? Przecież nie powie im, że chce się z nią zobaczyć. Ona by go zabiła, warunek był prosty – nikt nie może się dowiedzieć. I tego musi się trzymać.
                — Słyszałem, że na tej sali… przy cmentarzu jest jakaś impreza — zaczął trochę nieśmiało, ale wszyscy chłopcy zaczęli go uważnie słuchać.
                — A kto ją organizuje? — zapytał wiecznie ciekawski Sean. Liam zaczął szczypać sobie nadgarstek. Zawsze tak robił, gdy zaczynał się stresować jakąś sytuacją. Bał się, że koledzy zaczną coś podejrzewać, zarzucą mu, że zbyt chętnie się tam rwie.
                — Nie jestem pewien… Katherine Miller czy jak ona się zwie? — spytał w głupi sposób. Tak naprawdę doskonale wiedział jak się nazywa organizatorka imprezy. Właściwie wiedział wiele rzeczy o Kat. Ona mu wszystko mówiła. I nigdy jakoś nie przepadał za Katherine.
                — Ta paniusia? Pewnie wynajęła jakoś ochroniarza! W życiu nas tam nie wpuszczą! Strata czasu — Justin go wyśmiał. Właściwie od początku tego się spodziewał.
                — A ja tam mogę iść zobaczyć — oświadczył Sean, a nadzieja w sercu Liama wzrosła. Idą tam. Naprawdę tam idą. Serce mu biło jak oszalałe. Oczami wyobraźni już ją widział. Pewnie wyglądała teraz jak księżniczka. Droga minęła mu szybko. Nawet się nie zmęczył. Był za bardzo podekscytowany myślą, że zaraz ją zobaczy. Przy wejściu nie było nikogo, co go trochę zaskoczyło. Ona nie chciała zapalić papierosa do alkoholu? To takie nie w jej stylu… I gdy tylko weszli do środka zobaczył samotnie siedzącą ciemnowłosą dziewczynę. Wyglądała ładnie. Znał ją. Z jej opowieści. Pewnie teraz zgrywa przed Alison świętoszkę i dlatego nawet nie wychodzi na papierosa. Parkiet był pełen młodych osób, które energicznie tańczyło. Próbował ją odnaleźć wzrokiem, ale nigdzie jej nie widział. Czy powinien zapytać się Alison?
                — Nie wchodźcie do kuchni! — usłyszał wesoły głos, który sprawił, że jego serce się zatrzymało. Już doskonale wiedział, gdzie ona się znajduje. Ruszył w tamtym kierunku zostawiając za sobą swoim kumpli. Szarpnął za klamkę, ale drzwi się nie otworzyły. Musieli się tam zamknąć. Nie chciał tego robić, ale przyłożył ucho do drzwi. Nigdy nie rozumiał dlaczego ludzie tak robią, właściwie to nic nie dawało. Dopiero gdy muzyka ucichła usłyszał coś co sprawiło, że jego serce pękło na milion kawałków.
                — … jesteś taka śliczna. Naprawdę bardzo mi się podobasz — usłyszał nieznany mu męski głos. Z kim ona tam była? Przecież ona jest jego. Czy to wszystko przez tę kłótnię? Jedna kłótnia mogła przekreślić wszystko? Ponownie rozległa się muzyka i nic więcej nie usłyszał.
                — Wszystko w porządku?! — krzyknął mu do ucha Sean. Jedynie pokiwał głową. Dla jego kolegów cała ta scena musiała wyglądać strasznie dziwacznie.
                — Idźcie się rozejrzeć, ja idę do łazienki — okłamał ich. Wcale nie miał zamiaru tam iść. Stał ciągle w korytarzu i czekał, aż drzwi do kuchni się otworzą. Minęły dwie piosenki i w końcu z pomieszczenia wyszedł chłopak, który był mnie więcej takiego samego wzrostu co on. Liam zacisnął pięści. Spokojnie by go pokonał. Ale póki co się powstrzymał. Chłopak nie zdążył się spokojnie oddalić, a on wpadł do kuchni i z głośnym trzaśnięciem zamknął drzwi. Siedziała na kuchennym blacie trzymając lampkę od wina. Jej piękne, blond włosy były pokręcone. Miała na sobie delikatny makijaż, tak wyglądała najładniej.
                — Co ty tutaj robisz? — spytała się Nina. Tak jak się spodziewał nie była za bardzo zadowolona z jego wizyty.
                — Chciałem cię zobaczyć, czy to źle? — zapytał ją z wyrzutem. Pokręciła przecząco głową. Odniósł wrażenie, że dziewczyna się czegoś boi — Co tutaj robiłaś z tym facetem? — nie mógł dłużej owijać w bawełnę. Chciał wiedzieć tylko tę jedyną rzecz. Czy to aż tak wiele? Blondynka jednak milczała. Liam już znał odpowiedź — Dlaczego ty mnie tak okłamujesz? Nie zależy ci już na mnie?
                — Liam… Gdy będziesz starszy wszystko bardziej zrozumiesz — powiedziała nieco zbyt przesłodzonym tonem. Miał ochotę natychmiast opuścić to pomieszczenie. Ale jakaś inna siła go tutaj wciąż trzymała. Gdy na nią patrzał nie mógł się ruszyć.
                — Nie zależy ci na mnie? — spytał i się powoli zbliżył do dziewczyny. Nieco się przesunęła tak jakby liczyła, że chłopak usiądzie obok niej. On jednak zastosował nieco inną taktykę. Zbliżając się do niej położył swoje ręce na jej udach i delikatnie zjechał w dół. Nina drgnęła — Odpowiesz mi?
                — Wiesz, że nie mogę o takich rzeczach rozmawiać w takim stanie. Nie wiem co plotę — odpowiedziała drżącym głosem. On ją delikatnie dotykał. Zaczął składać pocałunki na jej szyi. Czekał na ten moment, w którym całkowicie mu się odda. Aż nagle zerwała się jak poparzona i odepchnęła go od siebie — Przestań!
                — O co ci chodzi? — był nieco zdezorientowany. Biorąc pod uwagę ogólne podejście Niny do ich związku czuł się nieco zagubiony. Trwa to wszystko od kilku miesięcy. Na początku starał się ją zrozumieć, że wstydzi się tego, że spotyka się z młodszym chłopakiem, ale teraz nie uważa, aby było w tym coś złego.
                — Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. To co nas łączyło… to był wytwór twojej wyobraźni, okej? — ból, który poczuł w tym momencie był nieporównywalny do jakiegokolwiek innego. Jak mogła tak powiedzieć? Spoglądając na nią cofał się do drzwi. Otworzył je. Chłopak, który przy nich stał o mało się nie wywrócił.
                — Sory… — powiedział do niego Liam i poklepał go po plecach chcąc upewnić się czy wszystko w porządku. Ale wtedy zobaczył kto to jest. To ten chłopak, który był w kuchni razem z nią. To ten, który prawił jej takie komplementy. To ten, który ma go teraz zastąpić —Dobrze się bawiłeś? Jeśli myślisz, że ją odpuszczę i ci oddam to się mylisz!
                James zareagował na te słowa szyderczym uśmiechem. Przez około godzinę obserwował z ciekawością całą imprezę, a w między tym czasie w jego głowie narodził się szalony plan, który zamierza zrealizować. Nina podoba mu się od dłuższego czasu, a skoro ten gówniarz jej się narzuca to on go zlikwiduje. Liam ciągle krążył po sali. A nawet nie był na liście gości. Nie zamierzał o tym powiadamiać Katherine. Ona załatwiłaby tę sprawę inaczej niż on. Wyszedł na zewnątrz, gdzie paru chłopców paliło papierosy. James przyłączył się do nich. Udał, że szuka zapaliczki w kieszeniach, a jeden z nich podał mu swoją.
                — Dzięki — starał się, aby jego głos brzmiał w miarę normalnie. Drzwi od sali pozostawił delikatnie uchylone, w razie gdyby Liam miał nagle wyjść. Wtedy będzie musiał improwizować.
                — Spoko. Nigdy wcześniej cię nie widziałem. Ty na pewno jesteś stąd? — zapytał podejrzanym tonem.
                — Jestem kuzynem Katherine. Nazywam się James — przedstawił mu się zgodnie z prawdą.
                — Chuck — wymienili krótki uścisk dłoni. James uśmiechnął się pod nosem. Trudno mu było ukryć podekscytowanie. Wyobrażał sobie tylko to co za chwilę może się stać.
                — Ale co do osób, które są stąd. Może i nie znam wszystkich, ale po sali kręci się parę łebków, którzy wyglądają trochę zbyt młodo — powiedział w idealnie spokojny sposób, tak jakby wcale go to nie obchodziło. Chuck uniósł wysoko brwi.
                — Pokaż nam ich — i wraz z grupą czterech chłopaków wszedł do środka, a wcześniej zgasił papierosa przydeptując go swoim butem. Czuł się doskonale. To uczucie wywoływało dreszcze na jego ciele. Moment, w którym Chuck wraz z kolegą podchodzi do tych chłopaków sprawił, że nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Zaczęli się delikatnie szarpać w środku, ale było zdecydowanie zbyt mało miejsca. Skierowali się w kierunku wyjścia. Wiele osób spostrzegło, że coś jest nie tak. I oni zaczęli się kierować w kierunku drzwi wyjściowych.
                — Co się dzieje? — zapytała brązowowłosa, która zerwała się z miejsca, gdy tylko zauważyła, że zbyt wiele osób opuszcza salę. Zdezorientowana zaczęła szukać wzrokiem kogoś. James nie spuszczając z niej oczu sam zaczął się wycofywać. Nigdzie nie dostrzegł Katherine, ale może to i dobrze. Na ulicy toczyła się już wielka walka. Uśmiechnął się triumfalnie. Musiał się dołączyć. Podszedł do chłopaka, który był z Chuckiem. Wiedział jak on się nazywa. To był Martin. Uderzył właśnie Liama, który zgiął się w pół.
                — Uważaj! — krzyknął James, a Martin zrobił unik. Wykorzystując fakt, że Martin był pochylony, popchnął Liama, który upadł uderzając głową w krawężnik. Musiał działać szybko. W jego głowie ten plan wydawał się świetny, ale w praktyce sam nie wiedział co powinien teraz zrobić. Martin, który już ruszał w stronę innego chłopaka. James dziękował Bogu za swój szybki refleks. Zdążył chłopakowi podstawić haka i tym sposobem upadł prosto na twarz. Spojrzał na Liama. Nikt nawet tego nie zauważył. Miał tyle szczęścia. Nie mógł się powstrzymać, aby go nie kopnąć na dobicie w brzuch. Dosłownie kilka sekund później ktoś się w końcu zainteresował nieprzytomnym chłopakiem.
                — Liam? — jeden z jego kolegów był na poważnie przerażony. Nagle wszystko jakby stanęło w miejscu. Podbiegła jakaś dziewczyna, a nogi się pod nią aż uginały. Pochyliła się nad chłopakiem. Próbowała wyczuć jego puls, zaczęła sprawdzać jego oddech.
                — Nie oddycha! — krzyknęła z przerażeniem. James rzucił się w jego kierunku. Może i nie oddychał, ale jeśli ktoś mu pomoże to jeszcze się okaże, że jest dla niego jakaś nadzieja. Udał, że uciska na jego klatkę piersiową. Doskonale widział jak z Liama ulatnia się życie. Ile leżał nieprzytomny? Pięć minut? Może trochę krócej. Nie ma już żadnych szans.
                — Za późno — wyszeptał i spojrzał się z nienawiścią na Martina, tak aby mu dać do zrozumienia, że to on jest temu winien. Przed salę wybiegła Katherine, a zaraz za nią Alison. Większość ludzi już się zmyła. Po kolegach Liama nie został żaden ślad. Pozostali po prostu się przestraszyli bójki lub tego, że ktoś leży nieprzytomny. Zapewne w ich głowach pojawiła się myśl, że zaraz przyjedzie pogotowie oraz policja, a większość z nich jest nieletnia i pod wpływem alkoholu lub nawet narkotyków — Wiem, że tego nie chciałeś. Ochronimy cię, nikt się nie dowie.
                Martin spojrzał się zszokowany na Jamesa. Nie miał bladego pojęcia o co mu chodziło. Jeszcze parę minut temu znajdował się w takim amoku. Uderzył Liama, ale czy aż tak mocno? To, że to on był przyczyną śmierci Liama szybko się rozeszło. Kiedyś słyszał, że uderzenie się w skroń może być bardzo niebezpieczne. Po kilku minutach można się wykrwawić na śmierć. Czy minęło już tyle czasu? Przecież to jest nieumyślne spowodowanie śmierci! Dlaczego jeszcze nie ma policji? Spojrzał się na Alison, która stała niedaleko go. Nawet się na niego nie spojrzała. Patrzała się tylko na ciało, które wciąż leżało na ulicy. James z Chuckiem stali z nimi. Zostali się tylko oni i Katherine. Kiedy cała reszta zniknęła? O czym rozmawia Chuck z Jamesem? Dlaczego ten chłopak od razu go oskarżył? Ich było za dużo. Każdy mógł niechcący popchnąć Liama. Nawet jego przyjaciele. Ponownie spojrzał na Alison, ale już jej tutaj nie było. On jej już nie znał, więc dlaczego tak się przejmuje tym co teraz sobie myśli dziewczyna?
                — Idziemy… zakopać jego ciało. Oczyść drogę z jego krwi — powiedział Chuck, a Martin od razu uciekł do środka. Nie chciał patrzeć jak podnoszą trupa i idą się pozbyć dowodu zbrodni. Nalał do wiaderka wody i natychmiast wyszedł ponownie na zewnątrz po drodze zaglądając do pomieszczenia, w którym siedziała samotnie Alison. Była w szoku. Zaraz do niej podejdzie. Wiedział to. W końcu z nią porozmawia. Zbierał się do tego cały wieczór. Ale czy teraz na pewno tego chciał? Co jeśli zmiesza go z błotem? Powie, że jest wszystkiemu winien?
                — Załatwione? — spytała się go cicho. Chciała go chronić? Czy może widziała coś co może sprawiło, że jakaś cząstka jej wie, że nie przyczynił się do tego?
                — Tak — odmruknął, po czym nastała cisza. Odpowiadało mu to, nie chciał rozmawiać o tym co się właśnie stało. Stanęli razem w progu i spoglądali na księżyc i gwiazdy. Udawali, że to co wcześniej się stało nie miało miejsca. Ale rzeczywistość jest okrutna. Chuck z Jamesem wrócili po około godzinie. James miał ręce całe w ziemi. Wszedł do środka.
                — Wierzę, że to nie byłeś ty. Coś mi tutaj nie gra… — powiedział do Martina Chuck.
                Tymczasem James po cichu zamknął drzwi od kuchni. Nina siedziała przy stole, głowę schowała w ramionach. Odniósł wrażenie, że znajduje się w zupełnie innym świecie.
                — Nina? — od razu zareagowała. Pewnie nawet nie ma pojęcia co się stało. Dziwne, że nikt nie zajrzał do kuchni. Zastanowił się czy powinien ją o czymkolwiek informować. Minęła chwila, podczas której bacznie obserwował dziewczynę — Liam nie żyje — zero reakcji. Siedziała i patrzała się na ścianę — Jesteś już od niego uwolniona… Ale pamiętaj, że od teraz jestem zobowiązana wobec mnie. Bo to wszystko dla ciebie — powiedział, na co także odpowiedziała mu ciszą. Zostawił ją samą w kuchni. Po chwili dziewczyna wstała. Od razu musiała wpaść na Alison, która była już porządnie rozhisteryzowana.
                — Gdzieś ty była?! – zapytała ją z wyrzutem. Nie mogła jej spojrzeć w oczy. Poznałaby, że jest naćpana. Alison zawsze to zauważała. Teraz myśli, że jest czysta i niech tak pozostanie.
                — Źle się czułam od tego alkoholu. Dawno nie piłam — skłamała, bo jeszcze wczoraj wypiła samotnie butelkę wina. Była taka młoda, a czuła się już tak zniszczona. Czy to możliwe, aby w tak młodym wieku mieć problem z alkoholem? Właściwie nie do końca była pewna czy to można nazwać problemem. Już niczego nie jest pewna.
                — Nawet nie wiesz jakie mamy kłopoty, Nina! Wpadliśmy po uszy! — była spanikowana, może to i dobrze. Gdyby nie jej stan z pewnością by się jej przyjrzała i wtedy zaczęłaby się jazda. Ciekawe czy Alison kiedyś wyluzuje.
               — Spokojnie — nie bardzo wiedziała co ma jej powiedzieć, bo nie została wtajemniczona w całą sytuację. Ale skoro nie ma tutaj policji ani pogotowia to śmierć Liama zostaje ukryta — Wszystko widziałam, Ali. Po prostu… nigdy więcej o tym nie rozmawiajmy — powiedziała i zostawiła swoją przyjaciółkę. 



No to już prawie wszystko jasne. Całej reszty dowiecie się w rozdziale 10. Strasznie się zawzięłam i już napisałam nawet epilog, więc teraz tylko publikować. :C
A jak tam u was? Ja odnoszę wrażenie, że mam zdecydowanie zbyt dużo czasu i nie wiem co ze sobą zrobić. No ale to nie jest miejsce, w którym będę się zwierzać ze swoich problemów :D
Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Wyrażajcie swoją opinie :) Życzę miłego popołudnia,trzymajcie się! <3

wtorek, 6 września 2016

E I G H T

                Wiadomość, którą otrzymali Martin i Alison wywróciła wszystko do góry nogami. Dziewczyna troszkę spanikowała, ale trudno było tak się nie zachować w tej sytuacji.
                – Dwadzieścia cztery godziny do czego? – zapytała dziewczyna wciąż spoglądając na telefon.
                – Nic ci się nie stanie, obiecuję – oświadczył Martin i delikatnie pocałował ją w dłoń, którą mocno ściskał. Co on by zrobił gdyby jej nie było? A co zrobi jeżeli jej się coś stanie? Sama myśl o tym, że ktoś mógłby ją znów skrzywdzić sprawiała, że miał ochotę ją zabrać i wyjechać gdzieś w jakieś piękne miejsce, w którym byłaby bezpieczna i szczęśliwa. Nie miał wątpliwości co do tego, że nadawcą wiadomości był James. Co takiego stanie się za dwadzieścia cztery godziny? Czy powinni uciekać?
                – Chodźmy do mnie – poprosiła go Alison, a on bez słowa odpowiedzi wstał. Wciąż ściskając ją mocno za dłoń zaczął ją prowadzić w kierunku jej domu. Szli w ciszy. Martin niespokojnie rozglądał się wokół, ciągle miał wrażenie, że ktoś ich obserwuje. Ale ulice były dziś wyjątkowo puste. Żadnej żywej duszy. Tak jakby wydarzyło się coś bardzo złego, a wszyscy ludzie postanowili skryć się w swoich domostwach.
                Weszli razem do pokoju Alison i w ciszy położyli się na łóżku zastanawiając się co z nimi będzie. Z minuty na minutę było mu coraz trudniej leżeć naprzeciwko tak cudownej kobiety. Marzył o tym, aby móc ją pocałować. Chciał jakoś powstrzymać swoje pożądanie i odwrócił się do niej plecami.
                – Co się dzieje? – spytała cicho i przytuliła się do niego. Serce Martina zaczęło bić w niesamowicie szybkim tempie. Wziął dwa głębokie wdechy. Nie wiedział co powinien jej powiedzieć.
                – Nie chcę, abyś cierpiała – odpowiedział drżącym głosem. Chciał jej dać tyle szczęścia, na ile zasługuje, ale prawda jest taka, że nie jest w stanie tego zrobić.
                – O to nie musisz się martwić – powiedziała i pocałowała go w policzek. Po tym geście Martin nie wytrzymał. Przewrócił się na drugą stronę, a po chwili złapał Alison za nadgarstki i zawisł nad nią. Przybliżył powoli swoje usta do jej, ale nie pocałowali się. Dzieliły ich milimetry. Moment, w którym miało dojść do pocałunku budził w nim najlepsze uczucia. Czuł tak wielkie podekscytowanie. A teraz w tym trwał – Dlaczego mnie nie pocałujesz? – spytała go. Patrząc w jej oczy widział także pożądanie. Chyba po raz pierwszy w życiu ktoś go pragnął. Dziwne uczucie być komuś potrzebnym… Dziwne, ale zarazem przyjemne.
                – Bo chcę mieć pewność, że to wszystko zakończy się dobrze. Do tego czasu cię nie pocałuje – wytłumaczył chłopak. Sam wypowiedział te słowa, a poczuł po nich ogromny ból. Był świadomy, że to wszystko prawdopodobnie nie zakończy się dobrze, a on może nigdy nie zaznać smaku jej ust. Puścił Alison i ponownie położył się obok niej. Leżeli w ciszy. Martin zamknął oczy. Czuł się jakby miał zaraz zasnąć, po tym długim i męczącym dniu.
                – Ty tego nie zrobisz, ale ja mogę – usłyszał nagle. Nawet nie zdążył otworzyć oczu, a poczuł jak jej delikatnie usta dotykają jego ust. Momentalnie zapomniał o całym świecie. Nic innego się nie liczyło, tylko on i ona. Tylko to co ich teraz łączyło. Na początku składała na jego ustach delikatnie pojedyncze pocałunki. Martin wplątał dłoń w jej włosy i wtedy zrobiło się odrobinę namiętniej. Tak strasznie jej pragnął od dłuższego czasu. Właściwie od tamtego dnia, gdy ją zobaczył. Wcześniej w szkole nie zwracał na nią uwagi. Zawsze spostrzegał ją jako małą dziewczynkę z osiedla, która zabierała mu zabawki, bo nie chciała bawić się swoimi lalkami. Ale wtedy zobaczył jak wydoroślała. A co by było, gdyby kilka dni po tym ona się do niego nie odezwała? Czy to co jest pomiędzy nimi nigdy by się nie wydarzyło?
                – O czym ty tak myślisz? – wyszeptała mu do ucha. Jej ciepły głos wywoływał w niej tak bardzo pozytywne uczucia. Mógłby tak każdego dnia.
                – Będziesz moją partnerką na Bal Jesienny? – zapytał, co wywołało u Alison szeroki uśmiech. Czy to był dobry sposób na uspokojenie jej? Próba normalnego życia, w którym pójdą razem na szkolną imprezę, będą razem tańczyć, a na koniec ją pocałuje.
                – Będę – odpowiedziała. Choć obydwoje nie wiedzieli co ich czeka za dwadzieścia parę godzin to teraz obydwoje żyli myślą, że idą razem na bal.
                – Co by było, gdyby nie ta cała sytuacja z Liamem? – zaczął mówić o swoich myślach na głos, co sprawiało, że w środku robiło mu się nieco lżej.
                – Myślę, że dalej bym cię miała za dupka, który nie przejmuje się opinią ani uczuciami innych i zdecydowanie jeździ za szybko samochodem. Aż pewnego dnia, gdy szłabym do domu podczas ulewy ten chłopak wziąłby mnie, ponieważ nie chciałby abym zmokła. Wtedy zobaczyłabym, że tak naprawdę jest przesympatycznym chłopakiem, który odda życie za bliskie mu osoby. Jest odpowiedzialny i pomimo, że lubi wpadać w kłopoty to zawsze znajdzie jakieś wyjście – ta historia rozbawiła Martina i nie ukrywał tego, wybuchł śmiechem.
                – Nie mów, że jeżdżę za szybko autem! – powiedział udając zbulwersowanego, a za karę otrzymał kuksańca w bok – James pożałuje tego co zrobił, ale spróbuje załatwić to tak, aby nikt nie wiedział, że to ja. Obiecuje ci to. Będziesz bezpieczna. My będziemy bezpieczni – obiecał jej po cichu. Takie słowa zdecydowanie ją podnosiły na duchu. Wtuliła się w niego i po krótkiej chwili zasnęła.
                Martin miał za sobą kolejną noc, podczas której co chwilę się budził z koszmarów. Od samego rana miał przeczucie, że ten dzień nie zakończy się dobrze. Odnosząc się do wczorajszej wiadomości pozostało im dziesięć godzin, choć sam nie wiedział do czego. Liczył na jakąś konfrontację z tajemniczym nadawcą. Ale do głowy nie przychodził mu żaden plan. Nie chciał, aby Alison mu towarzyszyła, a niestety ta dziewczyna jest na tyle uparta, że pewnie go nie pozostawi dziś na minutę samego. Wspólnie udali się do szpitala sprawdzić co u Chucka oraz Katherine. Niestety, ich zdrowie nie uległo zmianie. Każda kolejna godzina powodowała u nich ogromny stres. Sześć. Cztery… Godzina.
                – Chodźmy stąd, powtarzam to po raz kolejny, że ktoś po prostu chciał nas nastraszyć! – krzyknęła zirytowana Alison. Siedzieli na ławce na plaży. Woleli znajdować się wśród ludzi, ponieważ obydwoje stwierdzili, że gdyby ktoś miał w planach ich zaatakować to zawsze znajdzie się ktoś kto wezwie pomoc. Bo pomimo wszystko wciąż tego się obawiali.
                – Chyba zaraz pójdziemy do domu, co nie? – zapytał Martin, obejmując dziewczynę. Minęły już ponad dwadzieścia cztery godziny. Robiło się ciemno. Żadne z nich nie otrzymało jakiejkolwiek wiadomości, nawet od nikogo znajomego. Alison była już przekonana, że od teraz nic im nie grozi. Teraz jest ich kolej, aby wykonać jakikolwiek ruch. Gdy już mieli wstawać z ławek z oddali usłyszeli syreny policyjne. Nogi się pod nią ugięły.
                – Oh nie… – wyszeptała z przerażeniem. Martin wytrzeszczył oczy. Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego.
                – Posłuchaj mnie. Jeżeli wezmą mnie, uciekaj od razu do domu. Rozumiesz? Zamknij wszystkie drzwi, wszystkie okna, pozastawiaj parapety. A jutro, gdy będzie jasno sprawdź cegłówki od tyłu twojego domu. W taki sposób ja dostawałem się na górę – radiowozy znajdowały się coraz bliżej i jechały w ich kierunku. Alison jedynie pokiwała głową. Nie mogła zaprzeczać. Mieli dwadzieścia cztery godziny na pożegnanie, bo teraz któreś z nich zostanie zamknięte – Poradzisz sobie.
                – Nawet nie mamy pewności, że jadą po ciebie! – podjechał pierwszy samochód, a za nim trzy kolejne oraz bus policyjny. Wysiadło kilku policjantów i zaczęli świecić latarkami w ich kierunku.
                – Wstańcie i podnieście obydwie ręce do góry! – krzyknął jeden z nich. Martin po raz ostatni spojrzał jej w oczy i po chwili wykonał rozkaz. Alison wzięła z niego przykład i zrobiła dokładnie to samo.
                – Martin MacKanzie, jesteś aresztowany pod zarzutem morderstwa Liama Walkera – oświadczył drugi zbliżając się do nich.
                – Zwariowaliście, on tego nie zrobił! – Alison nie potrafiła trzymać języka za zębami i chciała tu i teraz bronić chłopaka. Nie wyobrażała sobie co dalej będzie. Jak ona sobie poradzi bez niego? Nawet Chuck jest w szpitalu! Nie ma nikogo.
                – Alison – syknął po cichu, gdy policjant zakuwał go w kajdanki. Każdy z przechodniów zaczął się interesować tą sceną. Każdy obserwował jak Martin wsiada do jednego z aut i odjeżdża. Ali poczuła jak pojedyncza łza spływa po jej policzku. Posłuchała się ostatniej rady, którą od niego otrzymała. Ruszyła w kierunku swojego domu, aby znaleźć się w bezpiecznym miejscu jak najszybciej. Miała teraz bardzo dużo czasu, aby coś wymyśleć. Przez całą drogę przez jej głowę przechodziły zarówno optymistyczne myśli jak i te pesymistyczne. Gdy przeszła przez próg drzwi pierwsze co ją zaskoczyło, to że te były otwarte. Mając teraz w głowie obraz Martina, który jest przesłuchiwany zdobyła się na nagły przypływ odwagi. Nawet jeżeli czeka na nią sprawca tego całego bałaganu, który ma teraz w życiu jest teraz w stanie przeciwstawić się. Po cichu przechodziła przez wszystkie pokoje, aż w końcu dotarła do kuchni. Jedno krzesło było zajęte przez człowieka, który był w średnim wieku. Jedyne co go postarzało to jego siwe włosy. Oczy miał dokładnie takie same jak Alison. Dziewczyna stała w głębokim szoku i nie wiedziała w jaki sposób ma się odezwać do swojego ojca, którego nie widziała już tyle czasu.
                 – Dzień dobry, Alison – powiedział poważnie rozkładając ramiona. Nie mogła tego dłużej powstrzymać. Potrzebowała kogoś. Przytuliła się do swojego ojca, który porzucił je kilka lat temu. Ale wrócił. To powinno się liczyć.
                Tymczasem Martin siedział w miejscowym areszcie i przez dłuższy czas nikt nie wiedział jak będzie wyglądać teraz jego życie. Przy takim zarzucie nie miał co liczyć na wpłacenie kaucji, po za tym kto miałby to opłacić? Nie byłby w stanie o taką rzecz poprosić Alison. A na swoich rodziców nie miał co liczyć. Nagle pojawił się jakiś policjant. Po ponownym zakuciu go w kajdanki został poprowadzony przez jakiś korytarze i wszedł do niewielkiego pokoju, w którym stał jedynie jakiś stolik i dwa krzesła. Ile czasu minęło odkąd tutaj trafił?
                – Dzień dobry. Jestem tutaj, aby ci pomóc Martin. Wiem o wszystkim – powiedział mężczyzna, który wszedł do pokoju. Był bardzo wysoki, miał czarne włosy. Ubrany był w elegancką koszulę, a na nią zarzucił granatową marynarkę. Do tego wszystkiego dobrał ciemne spodnie. Biorąc pod uwagę cały jego wygląd odnosiło się wrażenie, że ten człowiek jest bardzo ważną osobowością i rzeczywiście chce w jakiś sposób pomóc Martinowi. Ale w jaki sposób chłopak ma się dowiedzieć co ten mężczyzna wie, a czego nie?
                – Kim pan jest? – spytał po cicho. Ten do niego podszedł i rozkuł go z kajdanek. Martin poczuł niesamowitą ulgę. Nienawidził tego, czuł się jak jakiś prawdziwy kryminalista.
                – Dostałem informację o twojej sprawie przed godziną dwudziestą trzecią. Przyleciałem do ciebie specjalnie z Nowego Jorku. Nazywam się Cyrus Gold – oświadczył Martinowi. Był w wielkim szoku. Skoro przyjechał z Nowego Jorku to oznacza, że ktoś go tutaj wezwał.
                – Skąd pan się o mnie dowiedział? –zapytał. Musiał to wiedzieć. Miał dziwne przeczucie, że to sprawka Alison. Ale nie mógł na to pozwolić. Czułby się okropnie z myślą, że ona chce mu opłacić adwokata… On sam powinien w końcu zachować się nieco bardziej dojrzali i załatwić tę sprawę sam.
                – Działam na polecenie pana Hudsona, jeśli o to ci chodzi – Pana? Alison nigdy mu nie wspomniała o ojcu, ale właściwie kiedy miała to zrobić? – Z tego co udało mi się dowiedzieć to niejaki James Evans zeznał wczoraj na policji, że zabiłeś Liama, po czym owinąłeś jego ciało w folię i wyrzuciłeś na wodę. On był świadkiem tego zdarzenia, ale przez cały czas od śmierci chłopaka szantażowałeś go. Alison mi opowiedziała wersję, w której byliście w lesie i widzieliście coś co pływało po powierzchni wody, po czym uciekliście… Nie do końca rozumiem po co byliście w tym lesie, może ty mi to wytłumaczysz? – Martin od razu zrozumiał, że ten facet jednak nie wie wszystkiego. Przemilczał jego pytanie. Nie miał zielonego pojęcia jak wytłumaczyć ich obecność tam. Nikt im nie uwierzy, że po prostu wybrali się na spacer czy coś w tym stylu – W porządku, uznajmy, że to była jakaś nietypowa randka. Gdy rozpocznie się rozprawa zeznania Alison z pewnością ci pomogą.
                – Będę mógł się z nią zobaczyć? – zastanawiał się nad tym od dłuższego czasu. Bał się odpowiedzi, bo jeżeli okaże się, że nie może jej zobaczyć… Strasznie to przeżyje.
                – Zrobię wszystko co w mojej mocy, ale nic ci nie obiecuję – odpowiedział z powagą. Po krótkiej rozmowie wyszedł, a on po chwili został poinformowany, że za parę godzin zostanie przeniesiony do aresztu karnego. Traktowali go tak jakby wyrok już zapadł.

                               **************************************

                Odkąd Martin został zatrzymany Alison czuła się jakby żyła we śnie. Od tego wydarzenia minęły już prawie dwa tygodnie. Choć na początku często miewała chwile załamania. Miała ochotę porzucić wszystkie codzienne czynności i zamknąć się w swoim pokoju, to nie poddawała się. Gdy Katherine wyszła ze szpitala odwiedzała ją w domu każdego dnia. Na początku października stan zdrowia Chucka także uległ zmianie, całe szczęście w jego przypadku wszystko sprowadzało się na dobrą drogę. Był przytomny, ale to co się stało zostało uznane za próbę samobójczą. W piątek przed szkolnym balem Alison w końcu mogła odwiedzić chłopaka i z nim porozmawiać na osobności.
                – Gdzie jest Martin? – spytał od razu chłopak. Ali spojrzała na niego zaskoczona. Słyszała, że przez ostatni czas chłopaka nie mógł nikt odwiedzić, ale nie spodziewał się, że lekarze nie będą powiadamiać go na bieżąco o tym co się stało z jego przyjacielem.
                – On… został zatrzymany – powiedziała po cichu. Nie lubiła o tym opowiadać. Bardziej się skupiała na tym co się stanie, gdy Martin wyjdzie z więzienia, albo chociaż będzie mogła w końcu go zobaczyć.
                – Czy… – rozejrzał się nie spokojnie wokół. Jednak nie dokończył tego co chciał powiedzieć. Ali wpatrywała się w niego z ciekawością nie wiedząc co chłopak ma na myśli. Oczami zaczął jej wskazywać na maskotkę, która znajdowała się obok. Co z nią było nie tak? Wytężyła wzrok i chciała już złapać misia, ale chłopak potrząsł głową.
                – Wszystko będzie w porządku – zapewniła chłopaka. Stanęła przed szafką, na której znajdował się przedmiot, przez który teraz miało miejsce to zamieszanie. Chłopak spojrzał się na nią z ogromną ulgą i zaczął pisać wiadomość.

                TO WINA JAMESA. ODWIEDZIŁ MNIE PARĘ DNI TEMU NOCĄ. ZOSTAWIŁ TO, NA PEWNO TAM JEST JAKIŚ PODSŁUCH CZY COŚ. JEŻELI POWIEM PRAWDĘ TO ZABIJE NAS WSZYSTKICH I ZAŁATWI TO W TAKI SPOSÓB, ABY CAŁA WINA SPADŁA NA MARTINA… A JA NIE WIEDZIAŁEM, ŻE ON JEST W WIĘZIENIU.

                Po przeczytaniu tej krótkiej wiadomości była w szoku. Ale wiedziała co musi zrobić. Coś co powinna zrobić dawno temu. Dlaczego ma się przejmować tym, że cała reszta będzie miała kłopoty? Niech liczy się fakt, że osoba, która stwarza największe zagrożenie trafi do więzienia. Rozległ się dźwięk dzwona jej telefonu.
                – Alison? Tutaj Cyrus. Mam nadzieję, że jesteś wolna, bo Martin został przywieziony tutaj przed jutrzejszą rozprawą – rozległ się głos adwokata.
                – Jak to jutrzejszą? Przecież to miało być w poniedziałek! Jutro jest sobota… Od kiedy takie rzeczy dzieją się w weekend? – zapytała zbulwersowana. Chuck drgnął. Czuł, że coś jest nie tak.
                – Ta cała sprawa… jest strasznie skomplikowana. Przysięgam, że w przeciągu całej swojej kariery jeszcze nie spotkałem się z czymś tak poplątanym. Ale udało mi się. Możesz z nim porozmawiać. Bądź za trzydzieści minut na policji – i rozłączył się.
                – O co chodzi? – zapytał natychmiast Chuck. Alison zastanowiła się przez chwilę. Właściwie… nie ma nic do stracenia. Nawet jeżeli jest tutaj podsłuch, co z tego? Niech James wie co go czeka. Może nawet gdzieś uciec, prędzej czy później i tak go znajdą.
                – Idę zobaczyć się z Martinem. Rozprawa rozpoczyna się jutro… Ale do jutra… całą sprawę załatwię inaczej – powiedziała zawzięcie i wyszła z sali szpitalnej. Pomimo wichury, która panowała na zewnątrz całą drogę pokonała naprawdę w szybkim tempie. Jeszcze nigdy nie miała w sobie tyle energii co teraz. Czuła się jakby coś w jej nastawieniu po raz kolejny się zmieniło. Gdy tylko weszła na komendę odnalazła wzrokiem Cyrusa. Została poprowadzona przez wiele korytarzy, aż w końcu weszła do wielkiego pokoju, w którym stała jakaś sofa i stolik. Spojrzała się pytająco na starszego mężczyznę, ale on opuścił pomieszczenie bez słowa odpowiedzi. Sama już nie wiedziała co to wszystko ma znaczyć, ale czekała cierpliwie. Aż w końcu po dziesięciu minutach został przyprowadzony. Z początku go nie poznała. Wyglądał bardzo marnie. Schudł i wydawał się zdecydowanie mniejszy. Ale gdy się na nią spojrzał odnalazła w jego oczach radość, co podniosło ją na duchu jeszcze bardziej. Jeden ze strażników wepchnął go do pomieszczenia i zatrzasnął za nim drzwi. Natychmiast wpadła w jego ramiona.
                – Obiecuję ci, że wszystko będzie dobrze. Mam plan – wyszeptała do ucha.
                – Jaki? – zapytał zachrypnięty. Czuła, że już zaczyna się bać tego co jej po głowie chodzi.
                – Jeżeli jutro Cyrus nic ci nie powie na mój temat… mów całą prawdę o tamtej nocy. O wszystkim  – powiedziała mu tylko tyle. Całą resztę postanowiła zatrzymać dla siebie. Nie zadręczała go już tym co James pozostawił u Chucka. Nie spędziła z nim zbyt wiele czasu, ale nawet ta krótka chwila przyprawiła jej wiele szczęścia. Gdy tylko opuściła komendę skierowała się w kierunku domu Niny. Odczuwała strach, gdy zapukała do jej drzwi. Czy wszystko potoczy się według jej myśli?
                – Oh… Cześć, Alison – powiedziała zaskoczona blondynka, gdy otworzyła jej drzwi.
                – Nina, proszę pomóż mi. Pokaż mi swój telefon – dziewczyna uniosła wysoko brwi, w geście jeszcze większego zaskoczenia. Ale wyjęła go z kieszeni. Pierwsza i właściwie najważniejsza część jej planu została wykonana. Natychmiast weszła w wiadomości i wtedy ujrzała te same, które otrzymywała ona z Martinem… Jak to możliwe? Była przekonana, że to James je wysyła. Czy był, aż tak podły i wysyłał je do swojej własnej dziewczyny?
                – Nie przejmuj się tymi wiadomościami. Dostawałam je od Martina, ale odkąd został aresztowany nic nie mam – oznajmiła wesołym tonem. Alison spojrzała się na nią przepełniona chęcią zabicia dziewczyny.
                – Do jutra policja dowie się o wszystkim. Ty także poniesiesz konsekwencje. Wiemy o wszystkim – powiedziała Alison. Chciała po prostu wzbudzić strach u Niny i właściwie ta część planu wyszła. Wciąż ściskając mocno telefon wycofała się powoli i odeszła w zupełnie innym kierunku. Po około trzydziestu minutach na telefon Niny przyszła wiadomość.

                MASZ 10 MINUT. JEŚLI NIE BĘDZIE CIĘ W KOŚCIELE - ZNAJDĘ CIĘ I ZABIJĘ. JEŚLI BĘDZIESZ… I TAK ZGINIESZ.            
  

                Jedyne o co teraz mogła się modlić Alison to aby na jej telefon przyszła dokładnie taka sama wiadomość. Wtedy Chuck będzie mógł jej pomóc. Jeśli tego nie zrobi… to po niej. Skierowała się w kierunku kościoła włączając po drodze dyktafon.  



Piszę ten rozdział od kilku dni. I nie mogę nic zrobić, aby był lepszy!:( Choć niektóre sprawy mogą wam się teraz wydawać nierealne i bez sensu, w następnych dwóch rozdziałach wszystko będzie już jasne! Nie mogę uwierzyć, że coraz bliżej końca. Jak to się stało? Tymczasem na dniach powinien się też pojawić nowy rozdział na nowym blogu :)
Tutaj dziewiątka powinna pojawić się w przeciągu tygodnia.
I jak wrażenia po ósemce ? Piszcie mi wszystko! Podobał się moment Alison i Martina? Gdy czytam komentarze, że ich uwielbiacie, to nie mogłam się powstrzymać, aby między nimi nie doszło do pocałunku. Nie potrafię za bardzo takich scen pisać, no ale to tak na początek. :D
Życzę wszystkim miłego popołudnia, trzymajcie się ! <3 

piątek, 2 września 2016

S E V E N

                Ali upięła swoje gęste włosy w koka. Spojrzała się w swoje lustrzane odbicie. Pomimo tego, że odczuwała zmęczenie nie wyglądała jeszcze tak źle. Prawdopodobnie to dzięki ilości wypitej przez nią kawy mogła normalnie funkcjonować. Martin był przekonany, że dziewczyna przespała smacznie większość nocy, ale było zupełnie inaczej. Przemyślała całą sprawę i teraz była przekonana, że James maczał palce w sprawie Liama. Musiała tylko odnaleźć jakiś dowód…nad którym rozmyślała większość tej nocy.
                Wyszła ze szpitalnej łazienki i ruszyła ponownie na salę, w której leżała Katherine. Dziewczyna miała wiele szczęścia, o ile to co jej się przytrafiło można tak nazwać. Była dość mocno poturbowana oraz miała połamaną rękę. I niestety doznała takiego szoku, że sprzed wypadku nic nie pamięta. Kat po krótkiej rozmowie z Alison zasnęła, więc dziewczyna nie chcąc tracić czasu wyszła z sali i zaczęła się kierować w stronę wyjścia. Gdy otworzyła drzwi zauważyła zbliżających się ratowników, którzy pchali nosze, na których ktoś leżał. Przetrzymała drzwi i gdy spojrzała się na dziecko, które tam leżało, aż coś się w niej pękło. Chłopiec był bez koszulki, cały był posiniaczony. Z niewielkiego noska kapała krew, z trudem łapał każdy kolejny oddech.
                – Jeszcze chwila! Dasz radę, wytrzymasz! – mówił do niego jeden z sanitariuszy, a Ali aż przeszły dreszcze po całym ciele. Co się stało? Czy jechał autem wraz z rodzicami i coś się stało? Ale gdzie jego rodzice? A może to wszystko przez nich? Może ma podobne życie do Martina… Czym sobie zasłużył na takie coś? Dlaczego złe rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom? Kolejnego szoku doznała, gdy znajdowała się przed wejściem i podjechała kolejna karetka. Ratownicy działali naprawdę szybko, z jednej strony była pod wrażeniem tempa ich pracy. Dzięki temu wiele osób ma szansę na przeżycie. Rozłożyli nosze i w mgnieniu oka znalazł się tam młody chłopak. Ali nie zdążyła się jemu dobrze przyjrzeć tak dobrze jak tamtemu chłopcu, ale rozpoznała w nim Chucka, który był nieprzytomny. Poczuła jak robi jej się gorąco. Martin był umówiony z Chuckiem… Miała dziwne przeczucie, że i jemu stało się coś złego. Podbiegła do karetki, z której był wyciągany jej kolega, ale nikogo więcej tam już nie było. Ponownie wbiegła do szpitala i rozejrzała się niespokojnie wokół. Ratownicy ciągnęli nosze za sobą. Czy to byli ci sami?
                – Przepraszam! – krzyknęła biegnąc za nimi. Nawet nie zaszczycili jej spojrzeniem – Przepraszam! Przywieźliście przed chwilą młodego chłopaka… Miał na imię Chuck, prawda?
                – Nie jesteśmy tutaj od udzielania informacji – powiedział w locie jeden z nich.
                – Ja chcę się zapytać… czy był tam jeszcze jeden chłopak? – spytała a obaj mężczyźni spojrzeli się na nią dziwnie – Czy z nim wszystko w porządku?
                – Skoro go tutaj nie ma, możesz się domyślić. A teraz przestań marnować nasz czas. Ten chłopak i tak miał szczęście, że byliśmy blisko. Gdyby nie ten fakt i interwencja tamtego drugiego chłopaka z pewnością ta próba samobójcza zakończyłaby się pomyślnie – drugi mężczyzna tylko pokiwał głową w geście, że jego kolega ma stuprocentową rację. Alison natychmiast stwierdziła, że pomimo świetnie wykonywanej pracy są strasznie nieprzyjemni. Ale zaraz, zaraz… Czy on powiedział próba samobójcza? Chuck próbował się zabić? Przecież to nonsens… I gdzie do cholery jest Martin? Po raz kolejny skierowała się w stronę wyjścia i tym razem miała nadzieję, że opuszcza ten szpital na dobre.
                Był normalny dzień tygodnia, Alison powinna znajdować się w szkole i właściwie w tamtym kierunku zmierzała. Nie miała pojęcia co teraz ma zrobić. W ciągu całej drogi do szkoły próbowała kilkanaście razy dodzwonić się do chłopaka, ale za każdym razem odzywała się do niej jedynie poczta głosowa. Ciężko było jej nie myśleć o tej całej sytuacji, a dopóki Martin nie odbierze nie będzie wiedziała co się dzieje. W momencie, w którym doszła pod szkołę, a ku jej zdziwieniu zajęło jej to dobrą godzinę, pod szkołę swoim autem podjechał również i Martin.
                – Dzwoniłam do ciebie setki razy! – zawołała, gdy chłopak wysiadł z auta. Kompletnie ignorując jej słowa ruszył w stronę budynku, w którym odbywały się zajęcia. Spanikowana pobiegła za nim. Był wściekły i było to po nim widać. W pewnym momencie Ali nie wytrzymała i pociągnęła go za rękę, a on po prostu ją puścił, przez co dziewczyna straciła równowagę i delikatnie się zachwiała – Co z tobą jest? Możesz mnie nie traktować jak jakiegoś śmiecia?!
                – Co? – burknął do niej chłopak. Nie rozchmurzył się ani na chwilę, ale teraz przynajmniej miała okazję, aby się do niego zbliżyć. Oddychał niespokojnie i bardzo głośno. Chciała go przytulić, aby choć trochę się uspokoił i gdy już zrobiła ku niemu krok nagle się rozmyśliła. Za ignorowanie jej na pewno tego nie zrobi. I wtedy dostrzegła niewielkie kawałeczki szkła w jego włosach.
                – Co się stało? Dlaczego masz szkło we włosach? – zapytała. Miała w planach delikatnie mu je wyjąć, ale chłopak ją uprzedził i sam sobie zaczął mierzwić włosy tworząc na głowie nieład – Nie rób tak, jeszcze stanie ci się krzywda.
                – I tak już po mnie, Alison. Ojczym wyrzucił mnie z domu – powiadomił ją, na co dziewczyna otworzyła szeroko usta ze zdziwienia. Wczoraj opowiadał jej o swoim ojczymie, ale nie spodziewała się, że okaże się, aż tak złym człowiekiem.
                – Porozmawiajmy na spokojnie, usiądźmy gdzieś, gdzie nikt nas nie podsłucha – choć zamiar miała dobry to w praktyce ciężko było o takie miejsce. Dlatego usiedli na schodach i Martin szeptem zaczął jej opowiadać to co zdarzyło mu się, gdy był z Chuckiem.
                – Powiedziałeś o Jamesie policji? – zapytała się Alison, gdy skończył opowieść. Ściskała mocno jego rękę. Czuła jak coś ją w wnętrzu ściska, gdy opowiadał jej o Jamesie, który stał przy brzegu. James, który jest wszędzie i im grozi.
                – Nie uwierzyli. Musiałem zbyt długo przebywać pod wodą. Gdy policja odwiozła mnie do domu ojczym się wściekł. Zaczął rzucać we mnie talerzami i eee… Nie chcę więcej o tym rozmawiać. Nie mam po prostu gdzie mieszkać na tę chwilę.
                – Twoja mama nie zareagowała?
                – Nie chcę o tym rozmawiać – powtórzył po raz kolejny, tym razem nieco ostrzejszym tonem. Ali jednak zrozumiała. Musiał być strasznie zdenerwowany całą tą sytuacją.
                – Porozmawiam z mamą. Przeniesiemy cię do gościnnego – zaczęła natychmiast planować. Gdyby cała sytuacja z Jamesem się uspokoiła byłaby to idealna opcja. Miałaby Martina na co dzień.
                – Alison, gdy pójdę na policję i tak będę miał kłopoty. Nie chcę, aby twoja mama oskarżała mnie o to, że jestem tym, który sprowadza jej córkę na złą drogę. I tak pewnie nie ma dobrego zdania o mnie… Powinienem skończyć liceum już dawno temu…
                – A jakie to ma znaczenie?
                – Że powinnaś być na zajęciach a nie siedzieć na schodach ze mną.
                – Jak mam się skupiać na lekcjach skoro dzieją się takie rzeczy?
                – Przysięgam, że jak go spotkam na szkolnym korytarzu to go zabiję – powiedział zaciskając pięść. Ich rozmowę przerwał dzwonek, który wcale nie ucieszył Alison – Spotkamy się po lekcjach? O której dziś kończysz?
                – Żartujesz? Dopiero o piętnastej! Oszaleje do tego czasu! – do Martina nie doszły już słowa dziewczyny. Patrzał się w wejście od sali, w którym stała Nina. Blondynka wesoło uśmiechała się do kogoś. Podejrzewał już do kogo… – Halo! Ziemia do Martina! Znów mnie ignorujesz – nie zwracając uwagi na Alison puścił jej dłoń i ruszył w kierunku Niny. Dziewczyna w tym momencie zrobiła dwa kroki do przodu, a za nią pojawił się uśmiechnięty James. W Martinie, aż coś się zagotowało na jego widok. Nie mógł zapanować nad tym co czuł ani co robi. Nawet Alison, która szybko połączyła fakty nic nie mogła zrobić. Próbowała zatrzymać Martina ze wszystkich sił, ale chłopak był zbyt silny. Gdy znajdowali się już naprawdę blisko pary zrezygnowana Ali wskoczyła na jego plecy, obejmując się mocno rękoma wokół jego szyi oraz splotła także nogi wokół jego pasa.
                – Puszczaj Alison, on musi zapłacić za to co zrobił – powiedział i próbował w delikatny sposób odkleić się od niej, ale tym razem dziewczyna zablokowała mu ruchy.
                – Ale wtedy ty możesz mieć kłopoty – mówiła spanikowana. Ścisk robił się coraz słabszy, chłopak powoli się uwalniał a Ali była bliska płaczu. Sprawę pogorszył fakt, że nagle James sam stanął przed Martinem, który nie mógł powstrzymać swojej agresji i rzucił się na chłopaka z pięściami oraz Alison, która wciąż wisiała mu na plecach. Skutek tego był taki, że James, który próbował się obronić trafił pięścią prosto w twarz Alison, która stanęła na nogach, ale w chwili, gdy otrzymała taki cios poczuła jak jakaś siła ściąga ją na dół. Przez moment zrobiło jej się ciemno przed oczami. Nikt nawet na to nie zwrócił uwagi… Właściwie to miała nadzieję, że to powstrzyma Martina od dalszej bójki, ale w tym momencie chłopak uderzył Jamesa w łydkę, po czym popchnął go w stronę szafek. Uczniowie znajdujący się na korytarzach szybko zaczęli kibicować, co tylko zaalarmowało nauczycieli, którzy nie zdążyli jeszcze wyjść z klas.
                – Czy on cię uderzył? – usłyszała głos Niny przy swoim uchu. Wtedy zorientowała się, że z jej nosa kapie krew.
                – Tak, twój chłopak mnie uderzył! – powiedziała wściekła dziewczyna. Poczuła ulgę, gdy dwóm nauczycielom oraz woźnemu udało się rozdzielić chłopców.
                – Chłopcy! Co wy wyrabiacie? – zapytał jeden z profesorów, choć tak naprawdę nie chciał poznawać odpowiedzi na to pytanie.
                – To Martin cię uderzył! Widziałam jak próbowałaś go powstrzymać przed zaatakowaniem Jamesa, więc i ciebie skrzywdził! – Nina krzyczała to zdecydowanie za głośno. Ali próbowała ją uciszyć, jednak sam Martin spojrzał się dziwnie w ich kierunku.
                – Czy ja dobrze słyszałem, Alison? Ten łobuz cię uderzył? Dobry boże, ty krwawisz! – profesor, który uczył ją biologii wydawał się naprawdę zmartwiony.
                – Panie profesorze, Martin mi nic… – nie dane było jej wytłumaczyć całej tej sytuacji.
                – Nina, zabierz swoją przyjaciółkę do higienistki. A ty… MacKanzie, doigrałeś się tym razem. Pobić się z kolegą jeszcze rozumiem, ale rękę na kobietę podnosi prawdziwy tchórz! Do dyrektora! – Ali patrzała się błagalnym wzrokiem na Martina, któremu łzy lśniły w oczach. Wyobrażała sobie co teraz musi przeżywać w środku. Całe szczęście chłopak powstrzymał się od jakiejkolwiek odpowiedzi. Alison, która została zaciągnięta na szybką wizytę do szkolnej pielęgniarki na siłę chciała wyjść stamtąd jak najszybciej. Dziewczyny zostały się same, bo pielęgniarka po krótkim błaganiu Alison zgodziła się przyprowadzić dyrektora, który wysłucha jej wersji wydarzeń. Nina nie dawała za wygraną i wciąż pozostawała u boku Ali.
                – Doskonale wiesz, że to nie Martin mnie uderzył – powiedziała wściekła na Ninę. Blondynka uśmiechnęła się do niej, a Alison miała ochotę wydrapać jej za ten uśmiech oczy.
                – Wiem co widziałam.
                – Nina! James jest niebezpieczny! Przestań kłamać! Prędzej czy później przekonasz się o tym! Gwarantuje ci, że za to co zrobił pójdzie siedzieć – w końcu Nina przestała się uśmiechać.
                – O czym ty mówisz? – zapytała i zdenerwowana wstała. Zaczęła się kręcić po pomieszczeniu. Alison znała doskonale Ninę. Widziała jak zaczyna się stresować, jak bardzo jest zdezorientowana.
                – O Liamie – wyszeptała Ali, co jeszcze bardziej pogrążyło dziewczynę. Nic więcej nie mogła powiedzieć, bo w drzwiach pojawił się dyrektor szkoły ze wściekłą miną. Widocznie wybryk Martina musiał go strasznie zirytować.
                – Co macie mi do powiedzenia dziewczęta? – zapytał chłodno, tak jakby uważał, że marnuje tutaj czas i mógłby się zająć czymś zdecydowanie ważniejszym.
                – To Martin uderzył Alison. Widziałam to. Próbowała go powstrzymać przed zaatakowaniem Jamesa, którego strasznie nie lubi i aby dała mu spokój uderzył ją w twarz – powiedziała oschle Nina i opuściła szybko pomieszczenie.
                – To nie prawda, panie dyrektorze! Fakt… próbowałam powstrzymać Martina, ale on myślał, że już go nie obejmuje i gdy zaatakował Jamesa…
                – Słyszałem już to – powiedział i sprawiał wrażenie znudzonego – Najwyraźniej twojej koleżance musiało się coś przewidzieć – poczuła ulgę i uśmiechnęła się delikatnie w kierunku dyrektora – MacKanzie i tak poniesie karę za bójkę na szkolnym korytarzu. Nie toleruję takiego zachowania.  

                ***

                Wieczorem Alison oczekiwała Martina siedząc samotnie na ławce przy miejscowej plaży. Po wcześniejszej akcji, gdy tylko opuściła pokój pielęgniarki zadzwoniła jej mama, która już została powiadomiona o wszystkim. Chciała już wracać z Nowego Jorku, aby zająć się córką, ale jakimś sposobem Alison przekonała ją, aby nie rezygnowała z wyjazdu. Alison mogła opuścić resztę lekcji, na których właściwie i tak by jej nie było, ale teraz przynajmniej będzie miała usprawiedliwienie z tego dnia. Negatywną stroną tego wszystkiego był fakt, że auta Martina nie było już przed szkołą. W drodze do domu po raz kolejny tego dnia próbowała się dodzwonić do chłopaka. Dopiero niedawno otrzymała od niego krótką wiadomość, w której poprosił ją o spotkanie tutaj. Tak więc siedziała na ławce i z niecierpliwością oczekiwała przybycia chłopaka. Gdy już się pojawił usiadł obok niej. Ali dopiero teraz dostrzegła, że chłopak ma rozwaloną wargę. Może to i źle, ale miała nadzieję, że Martin załatwił Jamesa i ten jest w gorszym stanie.
                – Jestem idiotą. Tak strasznie cię przepraszam – powiedział załamany, a Alison jedynie się uśmiechnęła.
                – Nic mi nie jest – powiedziała wskazując dłonią na swoją twarz – Piękna jak zawsze – próbowała zażartować, ale chłopakowi nie poprawiło to zbyt specjalnie humoru.
                – Myślałem, że to ja! A najgorszy był fakt, że ja nawet tego nie zauważyłem. Potem ten nauczyciel mnie tylko dobił… – Alison nie mogła słuchać jego smutnego tonu głosu, więc delikatnie wtuliła się w niego – Za bardzo mi na tobie zależy, Alison. Nie wiem czy ja tak mogę.
                – O czym ty mówisz? – zapytała i objęła chłopaka, bo nie do końca wiedziała o co mu w tym momencie chodzi, a czuła, że to nie zmierza w dobrym kierunku.
                – O to… że coś zaczynam do ciebie czuć. Lubię cię i to nawet za bardzo cię lubię, Ali. A wiem, że to wszystko nie skoczy się dobrze – Alison czuła się jakby coś w środku niej eksplodowało ze szczęścia. Nie miała pojęcia, że to takie miłe uczucie, gdy komuś na niej zależy. Tak dawno nie czuła się tak potrzebna.
                – Nie możemy na razie skupić się na tym, że ty coś do mnie czujesz… i ja do ciebie również? – zapytała nieśmiało. Chwila ciszy, podczas której Martin toczył walkę sam ze sobą. Chwila ciszy, którą przerwały dźwięki smsa, którego otrzymali w tym samym czasie. Anonimowy nadawca.

                MACIE DWADZIEŚCIA CZTERY GODZINY. 


Standard. Miałam pół rozdziału, skasowałam i zaczęłam pisać od nowa. I tak się męczę od dwudziestej godziny. :) Sprawdziłam błędy powierzchownie, ale coś czuję, że i tak jakieś się znajdą, ponieważ o tej godzinie mój mózg nie do końca prawidłowo funkcjonuje, więc jak coś to mnie poprawiajcie.
Z rozdziału jestem średnio zadowolona, jest on po to, aby zrobić przejście do akcji właściwej, czyli tej, która się rozpocznie za dwadzieścia cztery godziny. Zaczynam lubić pisać o relacji Alison-Martin, ale to chyba przez Elliaze bo się naczytałam o Gabby i Thomasie < 3  Nie mam pojęcia kiedy rozdział ósmy, po części zależy to od tego czy postanowię napisać coś o Alison-Martin czy też sobie to odpuszczę. A po części ma wpływ też na to fakt,że jestem w trakcie wyprowadzki :c Proszę o pozostawienie opinii na temat rozdziału! Dacie wiarę, że prawdopodobnie zostały gdzieś tylko 3 rozdziały + epilog + niespodzianka. Ojeej, jak to szybko zleciało :c
Jeszcze raz zachęcam i proszę o pozostawienie po sobie znaku życia! Nawet zwykła kropka mnie ucieszy:) Dobranocaaa !:D:*